Umzug czyli polska przeprowadzka w Szwajcarii.

Ciężarówka z naszymi rzeczami już wyjechała ze Szwajcarii. Za nią pomknęła jeszcze półciężarówka z tym co się nie zmieściło w kontenerze. Podobno każda przeprowadzka to historia sama w sobie. Także nasza na szwajcarskim etapie miała swoje przygody.

Firma przeprowadzkowa przysłała do Szwajcarii podwykonawcę, który miał zapakować nasze rzeczy. Spodobało mi się to rozwiązanie bo mieliśmy polską ekipę, której szef ma też być przy rozpakowywaniu pod Warszawą. Pakowanie szło dobrze i sprawnie. Były jakieś drobne zadrapania na parkiecie. Zwróciłem uwagę, iż za wszelkie szkody trzeba będzie zapłacić właścicielowi mieszkania i potem pakowacze byli bardzo ostrożni. Wprawdzie ich szef sarkastycznie skomentował, że ściany są ważniejsze niż ich poobijane palce, ale muszę przyznać, że niczego więcej nie zniszczyli.

Po pracy w piątek i w sobotę większość dobytku była już w kartonach, wcześniej wywieźliśmy dzieci na wakacje do Polski, a żona i ja zamieszkaliśmy w sąsiedztwie, w mieszkaniu naszych przyjaciół, którzy byli na urlopie.
W sobotę ekipa skończyła pracę około 17:00, a my z żoną zarezerwowaliśmy stolik w restauracji, aby w spokoju odsapnąć po intensywnym dniu. Już wychodziliśmy z mieszkania, gdy przybiegła sąsiadka z wiadomością, że po osiedlu chodzą jacyś Polacy, którzy nas pilnie szukają. Przed blokiem zobaczyłem dwóch mężczyzn i od razu wiedziałem, że to “nasi”. Obydwaj ubrani w podkoszulki bez rękawów, szorty, a na nogach japonki. To byli kierowcy ciężarówki, która teoretycznie miała dojechać w poniedziałek. Panowie z entuzjazmem oznajmili, że przyspieszyli swój przyjazd i są gotowi do pakowania. Młodszy z kierowców - Pan M. - którego wyróżniało zamiłowanie do złota (łańcuszek z medalikiem, bransoletka i sygnet) zaczął opowiadać o korkach na trasie. Wtedy zobaczyłem, że brakuje mu kilku zębów w przedniej części szczęki. Złoto i zęby były dość istotnym szczegółem tej historii, bo nazajutrz w ekipie pakującej wywiązała się dyskusja dlaczego Pan M. kupuje złoto zamiast wydać te pieniądze na porcelanowe zęby.

Lecz w sobotni wieczór zęby Pana M. zeszły na drugi plan, bo głównym tematem było pakowanie ciężarówki. Przesunęliśmy rezerwację w restauracji, wsadziłem kierowców do naszego auta i pojechaliśmy do hotelu na spotkanie z szefem pakowaczy. Na spotkanie przyszedł szef: Pan A. oraz jego pomocnik Pan Ł.. Obydwaj to niezwykle ciepli i sympatyczni ludzie. Lecz ich krótko obcięte włosy, solidna budowa ciała i tatuaże Pana A. przyciągały uwagę Szwajcarów. Zatem po naszym wejściu do restauracji hotelowej zapadła cisza, a goście przy innych stolikach mniej lub bardziej dyskretnie przyglądali się nam, czyli pięciu facetom i kobiecie, którzy dość głośno rozmawiali w jakimś wschodnioeuropejskim języku. Na twarzach kelnerek pojawiły się zmarszczki napięcia i zaniepokojonym wzrokiem patrzyły na starszego kelnera, który też wyglądał na poddenerwowanego. Jako jedyny mężczyzna z obsługi poczuł się zobowiązany stawienia czoła dziwnym gościom. Jako pierwszy odezwał się do niego Pan A. prosząc po angielsku o piwo, potem moja żona odezwała się po niemiecku i zamówiła typowo szwajcarski napój Rivella. Usłyszawszy język niemiecki i nazwę lokalnego specjału kelner poczuł się pewniej i dopytał, którą Rivellę ma podać. Żona wybrała zieloną, a ja czerwoną. Trochę rozładowało to przyciężką atmosferę i zaczęliśmy uzgadniać szczegóły przeprowadzki. Nie tylko kierowcom, ale też pakowaczom było na rękę szybsze skończenie roboty, więc umówili się na załadunek w niedzielę. Trzeba się było jeszcze upewnić jak duża jest ciężarówka. Zdaniem kierowców kontener był po prostu “duży”. Może 60, a może 80 metrów sześciennych. Nazajutrz wraz z Panem A. zmierzyliśmy pakę. Miała 51 m3 pojemności. To było mało jak na nasz dobytek szacowany na ok. 50 m3 - bo przecież potrzeba trochę zapasu na niewymiarowe przedmioty.  Koniec końców, w niedzielę wieczorem zobaczyliśmy, że zostało trochę półek, fotel, jakieś sprzęty ogrodowe i rower - wszystkie te pozostałości pojechały do Polski samochodem pakowaczy.

Lecz nim samochody wyruszyły do Polski mieliśmy jeszcze przygodę z policją. W niedzielne południe zajechał na osiedle radiowóz i stanął na osiedlowej uliczce tam, gdzie parkowała nasza ciężarówka. Widok kierowców i pakowaczy chyba zaniepokoił policjantów, bo obywaj położyli dłonie na kolbach pistoletów. Wyjaśniłem, że to przeprowadzka mojego mienia do Polski. Po sprawdzeniu moich dokumentów, spokojnie pospisywali obydwa samochody i wszystkich pracujących przy przeprowadzce. Uśmiechając się łamali sobie języki próbując czytać polskie nazwiska, a potem dopytali o harmonogram przeprowadzki. Jak powiedziałem policjantom, że kierowcy planowali wieczorem jechać na granicę to ci się mocno zdziwili. Bowiem - czego kierowcy nie wiedzieli - w niedziele obowiązuje bezwzględny zakaz ruchu ciężarówek. Wyjaśnili też, że zostali wezwani przez kogoś z sąsiedztwa, komu przeszkadzało, że ciężarówka zajechała na osiedle w niedzielę mino ogólnego zakazu. Skończyło się na upomnieniu kierowcy. Musieliśmy niezwłocznie przestawić ciężarówkę na parking poza osiedlem i tam przeładowywać paczki z małej ciężarówki na dużą. Gdy odjechała policja, jeden z kierowców oznajmił, że on to się w ogóle nie martwi policją, bo i tak nie rozumie co do niego gadają. Zaś jak mu wlepią mandat to jego szef zapłaci.
Wieczorem podpisaliśmy wszelkie dokumenty i przekazali kierowcom. Teraz trzymamy kciuki, aby dokumenty nie zginęły po drodze. Nasz niepokój jest poniekąd uzasadniony, bo kierowca oznajmił z rozbrajającą szczerością, że niedawno przewoził ze Szwajcarii Toyotę Yaris i po drodze zgubił dowód rejestracyjny, który “gdzieś się zawieruszył przy odprawie na granicy”.

Jest metro, ale nie ma biletów.

Zacznijmy od zagadki: czym się różni Polska od Szwajcarii? Tym, że w Szwajcarii nawet zawiłe sprawy znajdują proste rozwiązania, a w Polsce nawet najprostsza sprawa znajduje skomplikowane rozwiązanie. W tym kontekście podzielę się swoimi obserwacjami z warszawskiego metra. Stołeczne metro znam od jego otwarcia – w latach dziewięćdziesiątych dojeżdżałem jego ograniczoną linią do biura na Ursynowie. Od tego czasu metro dotarło na Bielany w północnej części miasta. Jest to doskonałe remedium na zakorkowany ruch uliczny. Odkąd pamiętam, metro jeździło sprawnie. Stacje wyglądają podobnie jak przed laty, lecz o ile dobrze pamiętam to w ubiegłej dekadzie nie było jeszcze bramek blokujących wejście na stację gapowiczom.

W tym tygodniu miałem przyjemność znowu skorzystać z warszawskiego metra. Jako, że w ostatnich latach zwiedziłem kilkanaście metropolii, gdzie korzystałem z metra-  od Seulu i Szanghaju poprzez Kuala Lumpur i Kijów, aż po Londyn - nie sądziłem, że polska wersja podziemnej kolejki będzie mnie w stanie zdezorientować.

Jednak nie doceniłem niefrasobliwości szefów Zakładu Transportu Miejskiego (ZTM). Okazuje się, że na Bielanach nie sposób wejść do metra po godzinie 19:00, mimo że wagony kursują do późnej nocy. Na stacji Słodowiec nie ma automatu, ani punktu sprzedaży biletów. Podobno tak samo jest na innych stacjach. Widziałem na stacjach jakieś wynalazki w postaci automatów do doładowywania kart miejskich, widziałem bankomaty, ale nie widziałem ani jednego automatu do sprzedaży biletów!

Wiem, że polską specjalnością jest sprzedaż biletów w kioskach ruchu. W budynku kilkadziesiąt metrów od stacji znalazłem okienko z napisem „Ruch”, ale był to już dawno zlikwidowany kiosk. Zatem w sąsiednim sklepie poprosiłem o radę. Usłyszałem, że po 19:00 to w zasadzie nie ma szansy kupić biletu, bo wszelkie okoliczne kioski są zamykane przed tą godziną. Zatem wybrałem się na wędrówkę w poszukiwaniu najbliższego czynnego kiosku. Po przejściu ponad kilometra znalazłem takowy na Marymoncie. Wprawdzie nie było tam już zwykłych biletów po dwa złote, więc kupiłem droższe i mogłem wejść do metra.

Jak moi warszawscy krewni usłyszeli, że łaziłem po mieście w poszukiwaniu biletu to powiedzieli, że tu tak jest i oni się tym nie przejmują tylko (wcześnie rano lub późnym wieczorem) przeskakują bramkę wejściową, a potem jadą bez biletu.

Warszawskie metro nie jest najwidoczniej zaprojektowane dla turystów ani przygodnych pasażerów. Osoby posiadające bilety okresowe nie mają problemu z wejściem na stację o dowolnej godzinie. Zaś takie ofiary bezmyślności ZTM jak ja, niech szukając sobie biletu, albo jadą na gapę. W końcu to nie jest problem szefów ZTM, ani pewno mają bezpłatne przejazdy i  nie muszą się martwić o jednorazowe bilety.

Wyślę ten komentarz do ZTM, Pani Prezydent Gronkiewicz-Waltz oraz do Stołecznej Gazety i zobaczymy czy ktoś z nich słyszał o planach wpisania Warszawy do księgi rekordów Guinnessa jako jedynej światowej stolicy, gdzie nie można wejść do kursującego metra po zakończeniu sprzedaży gazet w kioskach ruchu.

Lewy półprofil

Czas wyrobić nowy dowód osobisty, a do dowodu potrzeba zdjęcia. Dowód będzie ładny, plastikowy i niezniszczalny. Super i światowo! Tylko po co polski rząd upiera się przy komplikowaniu życia obywatelom wymaganiem dziwacznej fotografii lewego półprofilu? Słyszałem teorię, że lewy półprofil jest bardzo charakterystyczny i lepiej identyfikuje posiadacza dokumentu. Tylko, że tego wynalazku sowieckich naukowców nie podziela reszta świata. Po niemal dwudziestu latach od wyjazdu Sowietów z Polski my wciąż wysyłamy obywatela do fotografa z informacją, że fotografia powinna zawierać lewy półprofil z widocznym lewym uchem.
Drogi Ministrze Spraw Wewnętrznych i Administracji, skończmy z komplikowaniem ludziom życia! Skoro w przypadku paszportów wymagamy taki sam standard zdjęć jak kraje zachodnie to może czas przypomnieć sobie o dowodach osobistych?

Polski cyrk meldunkowy c.d.

Stali czytelnicy wiedzą, że jestem w trakcie przygotowań do przeprowadzki do Polski. Wybraliśmy już firmę przeprowadzkową i otrzymałem od niej listę dokumentów, które mam przygotować do przesiedlenia.
Wśród sześciu pozycji pojawiła się także taka: “fotokopia dowodu osobistego (strona ze zdjęciem i stałym zameldowaniem w Polsce)”.
Zadzwoniłem do tej, skądinąd sympatycznej, firmy i poinformowałem, że nie mam stałego meldunku w Polsce, lecz to nie powinno być problemem, bo przepisy celne nie mówią o meldunku tylko o miejscu zamieszkania.
Oj, ależ się nasłuchałem. Dowiedziałem się, iż bez stałego meldunku Urząd Celny nie odprawi mojego mienia, zatrzyma ciężarówkę z moimi rzeczami, każe mi płacić podatek VAT od wszystkiego co przywiozłem, będę musiał zapłacić depozyt celny oraz będę musiał zapłacić firmie przeprowadzkowej pieniądze za to, że ich ciężarówka zostanie przetrzymana w Urzędzie Celnym kilka dni, aż moja sprawa się wyjaśni. Skąd te wszystkie katorżnicze pomysły? Otóż zdaniem pewnego siebie eksperta tej firmy, Urząd Celny zawsze wymaga meldunku stałego i nie ma na to rady. Można wprawdzie zaskarżyć ich decyzję, ale wcześniej trzeba ponieść wszystkie powyższe koszty. Brzmi to jak dobry koszmar. Zebrałem siły i przedstawiłem na piśmie i wysłałem do tej firmy mój punkt widzenia:

…Wybór Waszej firmy był dość oczywistym posunięciem po tym jak mój przyjaciel rekomendował, że jego przeprowadzkę zrobiliście po mistrzowsku (dosłownie tak napisał).
Mamy do rozwiązania sprawę miejsca zamieszkania. Jak Pani wie interpretacja jaka wynika z Waszej praktyki z urzędami celnymi w
sprawie rozumienia zapisu o “miejscu zamieszkania”, “zwykłym miejscu zamieszkania” oraz “pobytu stałego” odbiega od dość solidnej analizy prawnej jaką dysponuję.
Rozumiem Wasze pragmatyczne podejście, które podpowiada, że zameldowanie na pobyt stały jest jedynym pewnym sposobem udowodnienia miejsca pobytu stałego. Zgodnie z moją wiedzą takie rozumowanie jest niezgodne z obowiązującym prawem, bowiem meldunek jest tylko jednym z kilku dopuszczalnych sposobów udowodnienia miejsca zamieszkania w Polsce.
Jeśli moja interpretacja prawa jest dla Was wątpliwa to odsyłam także do podręcznika celnego opublikowanego przez Ministerstwo Finansów jest tam poniższe stwierdzenie: “Osoba przesiedlająca się powinna udowodnić, iż będzie posiadała miejsce zwykłego zamieszkiwania w Polsce przedkładając takie dokumenty, jak np. karta czasowego pobytu, bądź dokument potwierdzający zameldowanie w kraju, umowa o pracę, umowa najmu mieszkania, itp. dokumenty, świadczące o wyborze miejsca zamieszkania w Polsce.”
W moim przypadku umowa najmu mieszkania jest wystarczającym dokumentem, udowadniającym moje zwykłe miejsce zamieszkania w Polsce.
Jako, że Polski Podręcznik Celny nie jest prawnie wiążącym źródłem prawa, więc celem uniknięcie nieporozumień uprzejmie sugeruję weryfikację Waszych informacji i ewentualne zwrócenie się z pismem do Ministerstwa Finansów o weryfikację Waszych informacji i potwierdzenie czy ta informacja z podręcznika celnego jest aktualna. Podręcznik jest dostępny na stronach Służby Celnej:
http://bip.mofnet.gov.pl/index.php?const=2
Natomiast utraciły moc przepisy wykonawcze do ustawy z dnia 9 stycznia 1997 r. - Kodeks celny - a w nich faktycznie był jednoznaczny wymóg przedstawienia dowodu osobistego z meldunkiem stałym w Polsce.
Tak jak dosadnie dzisiaj powiedziałem Państwa zawężona interpretacja przepisów nie powinna utrudniać mojego przesiedlenia.
Reasumując, chcę powiedzieć, że doceniam Waszą troskę i wiem, że Wasz wymóg meldunku ma na celu szybkie i bezproblemowe dokonanie odprawy mojego mienia.
Tak jak uzgodniłem z Panem X, za kilka dni dam Wam znać czy będę dokonywał odprawy celnej bez meldunku stałego, czy też z meldunkiem stałym.
Mam nadzieję, że moja nieustępliwość i dociekliwość nie zniechęca Państwa do naszej współpracy i serdecznych kontaktów. …

Nie chcę zdawać się jedynie na aktywność firmy przeprowadzkowej. Zatem wysłałem również e-mail do Informacji Celnej:

Uprzejmie proszę o informacje na temat sposobu określenia pobytu stałego po przesiedleniu się do Polski ze Szwajcarii jakiego będę dokonywał na potrzeby Urzędu Celnego. Jestem Polakiem i po kilku latach zamieszkania w Szwajcarii chcę się przesiedlić do Polski. W Polsce zamieszkam w wynajętym mieszkaniu w miejscowości, gdzie kilka lat temu kupiłem działkę budowlaną.
Po przeczytaniu aktualnych przepisów obowiązujących w Polsce wnoszę, że muszę wykazać, iż będę przebywał w tej miejscowości z zamiarem stałego pobytu. Wynająłem tam mieszkanie i w przyszłym roku chcę budować w tej miejscowości dom. Nie posiadam stałego meldunku w Polsce, lecz jak rozumiem Urząd Celny odwołuje się do definicji miejsca zamieszkania w kodeksie cywilnym, a meldunek nie jest warunkiem definicji miejsca stałego zamieszkania w polskim prawie.
Czy na potrzeby zwolnienia mojego mienia z opłat celnych i z podatku VAT wystarczy moje pisemne oświadczenie, że przebywam w tej miejscowości z zamiarem stałego pobytu?
Przypuszczam, że sporo osób wracających z długoletniego pobytu za granicą zadaje sobie podobne pytanie i chyba macie Państwo jasną wykładnię tej sytuacji. Będę wdzięczny za jej przesłanie e-mailem.

Do sytuacji podchodzę stosunkowo spokojnie, bo w razie czego tym czy innym sposobem zorganizuję sobie stały meldunek w okolicach Warszawy. Lecz jak wiem, jest dość powszechną sytuacją, gdy wynajmując mieszkanie właściciel nawet nie chce słyszeć o obowiązku zameldowania na pobyt stały (co z tego, że jest ustawa i obowiązek, jak właściciel mówi “nie” to nie ma meldunku stałego i sprawa jest zamknięta).
Zatem co mają robić ludzie, którzy wracają z zagranicy i chcą się osiedlić w Polsce, a nie mają swojego lokum? Rząd może elegancko umyć ręce i powiedzieć, że wystarczy udowodnić swoje miejsce zamieszkania, meldunek nie jest jedynym sposobem, aby to zrobić. Tyle teoria, a praktyka jest taka jak w przytoczonym na wstępie dialogu z pracownikiem firmy przeprowadzkowej: “Meldunek musi być i koniec! “.

Oczywiście poinformuję Was o dalszym rozwoju wypadków.

Miejsce stałego zamieszkania

Ktoś mnie ostatnio zapytał jak to jest z tym polskim meldunkiem i miejscem stałego zamieszkania po powrocie z zagranicy w świetle mienia przesiedleńczego i rejestracji samochodu. Podam tutaj informacje, które przekazałem tamtej osobie, bo mogą się okazać przydatne dla innych reemigrantów.
Sprawa meldunku to jest duży temat. Właśnie jestem w jego trakcie.
Na szczęście mam dostęp do dość dobrych interpretacji prawnych i znam jednego czy dwóch prawników, więc już trochę o tym wiem.
Zatem, Polskę od roku 2004 obowiązuje Rozporządzenie Rady Europy (EWG) Nr 918/83 z dnia 28 marca 1983 r. ustanawiające wspólnotowy system zwolnień celnych.
Jest tam mowa o “normal place of residence”, co zostało w Polsce przetłumaczone jako “miejsce zamieszkania”, a dosłownie oznacza “zwykłe miejsce zamieszkania”. Ze znanych mi interpretacji prawnych należy rozumieć miejsce, które stanowi miejsce normalnego życia osoby przesiedlającej się, miejsce, gdzie koncentrują się jej sprawy życiowe. Meldunek lub jego brak nie jest tu decydującym czynnikiem, bo w tych przepisach pojęcie meldunku nie występuje.
Tutaj zaczynają się przepychanki interpretacyjne i sam jestem ich przedmiotem. Bowiem mimo, iż “stały meldunek” nie jest pojęciem, które ma tu zastosowanie to urzędnicy ułatwiają sobie życie i wymuszają interpretację opartą o meldunek na pobyt stały. Nie ma to uzasadnienia ani w literze prawa, ani w wyrokach sądu najwyższego.
Tylko, że na odpowiedź obywatela, który kwestionuje decyzję urzędnika, urząd ma (zgodnie z KPA) miesiąc. Zaś nas, jako osoby przesiedlające mienie, gonią terminy wymagane przez prawo celne. Koniec końców możemy wykazać swoją rację, ale i tak musimy zrealizować czynności według interpretacji urzędników.
Praktycznie cała sprawa sprowadza się do obowiązku wykazania przez obywatela, że miejsce do którego się sprowadza, jest miejscem, gdzie będzie on przebywał z zamiarem stałego pobytu. Takie wykazanie nie musi mieć nic wspólnego z meldunkiem.
Jak już pisałem pojęcie “meldunek na pobyt stały” nie występuje nigdzie w przepisach regulujących sprawy celne, ani sprawy mienia przesiedleńczego. Zresztą także w polskim prawie o ruchu drogowym (mówiącym o rejestracji samochodów) nie mówi się o meldunku, lecz o miejscu zamieszkania (siedzibie).
Tyle teorii, teraz praktyka.
Rozmawiałem z urzędniczką w wydziale komunikacji właściwym dla mojego nowego miejsca zamieszkania w Polsce (pod Warszawą). Wg jej interpretacji, skoro mam meldunek na pobyt stały poza jej powiatem to mam robić rejestrację tam, gdzie mam meldunek stały (czyli w miejscowości moich rodziców odległej 300km), bo jest domniemanie, że tam mieszkam na stałe. Po przeanalizowaniu sytuacji doszedłem do wniosku, że nie mam czasu zaskarżyć interpretacji tej urzędniczki. Zatem jako wyjście z sytuacji podpisałem wniosek o wymeldowanie mnie z pobytu stałego w miejscowości moich rodziców. Zdaniem prawników, którzy interpretowali odnośnie przepisy, przebywanie w danym miejscu ponad 2 miesiące bez meldunku stałego jest wykroczeniem, lecz nie ma wpływu na określanie miejsca stałego zamieszkania w rozumieniu kodeksu cywilnego.
Inaczej mówiąc, od właściciela mojego mieszkania pod Warszawą zależy czy zamelduje mnie na pobyt czasowy czy na pobyt stały. Jeśli będzie to pobyt stały to urzędnicy bez szemrania dokonają odprawy i rejestracji mojego auta. Jeśli będzie to meldunek czasowy to będę musiał wykazać, że w miejscu, gdzie zamieszkałem przebywam z zamiarem stałego zamieszkania oraz ewentualnie po 2 miesiącach zapłacić mandat za niedopełnienie obowiązku meldunku na pobyt stały. Wykazanie, że przebywam tam z zamiarem stałego pobytu powinno być wykonalne, bo tam mam wynajęte mieszkanie, tam będę prowadził działalność gospodarczą, tam moje dzieci idą do szkoły i tam mam działkę budowlaną, gdzie planuję budowę swojego domu.

Viva Polonia, czyli Polska niemieckimi oczami

Ostatnio trochę podróżowałem i towarzyszyła mi książka, którą wyszperałem na Amazon.de w lutym. Jej tytuł to “Viva Polonia”, a napisał ją Steffen Möller - Niemiec, który dość przypadkowo trafił do Polski kilkanaście lat temu i już tam został.
Jest to swoisty leksykon tłumaczący polską rzeczywistość niemieckiemu czytelnikowi.
Wśród 360 stron rozmaitych impresji z naszego kraju, jest też siedem zasad prowadzenia oficjalnego spotkania niemiecko-polskiego. Oto skrót porad jakie Möller udziela swoim rodakom:
1. Zwracaj się do Polaków używając ich imion, np. “Drogi Panie Piotrze”, zamiast przyjętej w Niemczech formy “Drogi Panie Kowalski”. Czasem nawet warto użyć imion w formie zdrobniałej “Panie Piotrku”.
2. Częstuj wodą, papierosami, paluszkami. Jeśli za pierwszym razem odmówią to próbuj drugi i trzeci raz.
3. Zwracaj uwagę na polskie przesądy. Nigdy nie przekładaj torebki polskiej uczestniczki z krzesła na podłogę. Jak ktoś życzy Ci powodzenia to nie dziękuj.
4. Śmiej się z żartów, mimo iż niektóre z nich będą zupełnie absurdalne. Co więcej, pamiętaj, że w Polsce mówca nie uprzedza, że za pięć minut opowie żart.
5. Unikaj bezpośredniości w mówieniu “nie”. Raczej powiedz: “Zobaczymy” albo “Nie jestem pewien”.
6. Unikaj zamykania dyskusji tanim optymizmem, który uchodziłby za amerykańską powierzchowność. Raczej bądź realistą do bólu, nawet z nutką pesymizmu.
7. Żegnając się z polskimi partnerami bądź serdeczny, tzn. pocałuj panie trzy razy w policzek, a z panami wymień uściski dłoni. Pożegnanie nie może być zdawkowe, Polacy żegnają się przez pięć minut.

PKP

Piszę z Polski. Konkretnie z korytarza między wagonem 6 i 7 pociągu ekspresowego z Warszawy do Krakowa. Ostatnio ktoś znajomy wyliczał warunki jakie muszą być spełnione, aby rozważał powrót do Polski. Jednym z punków były polskie koleje. Faktycznie działają inaczej niż w Szwajcarii. Ale jest poprawa w stosunku do sytuacji sprzed naszego wyjazdu.
Przede wszystkim jest porządny rozkład jazdy w Internecie. Wagony są dość czyste, konduktorzy pogodni, a na Centralnym jest masa punktów sprzedaży biletów.
Jednak odzwyczaiłem się od labiryntu korytarzy Dworca Centralnego. Kiedyś byłem tam bardzo często, a teraz jak wszedłem w podziemia to nie miałem pojęcia, w którym miejscu są schody do Hallu Głównego.
Podziemia dworca wyglądają jeszcze bardziej bazarowo niż przed ośmiu laty. Moim zdaniem ta masa sklepików jest urokliwa. Widać tam namacalnie aktywność gospodarczą Polaków.
Tylko fajnie by było porządnie oświetlić korytarze i oznaczyć kierunki. Bo strzałek jest masa, ale kierunek do holu kasowego pojawia się tylko raz lub dwa.
Mniejsza o korytarze. Najważniejsze jest sedno sprawy czyli pociągi i ich rozkład jazdy.
Wg olbrzymiej tablicy nad kasami są dwa pociągi do Krakowa po godzinie 18:00. Jeden o 18:05, a drugi o 18:27. W kasie usłyszałem, że jest tylko ten o 18:05, ale odjedzie o 18:27, a zresztą i tak nie było już na niego miejscówek. Nieufnie podszedłem do informacji kasjerki uznając, że tablica ogłoszeń jest bardziej miarodajna. Potem podszedłem do papierowego rozkładu jazdy, a tam… był tylko pociąg o 18:05. Czyli tak jak podawała kasjerka.
Poszedłem na peron czwarty i czekałem na pociąg do Krakowa decydując się na jazdę na korytarzu. Minęła 18:05, minęła 18:15 i nic. Aż ok. 18:20 pojawiła się zapowiedź, że o 18:27 odjedzie ekspres do Krakowa!
Dostałem lekcję, żeby wierzyć kasjerce, a nie rozkładowi jazdy.
Tym sposobem siedzę na swojej torbie z ubraniami, za plecami mam ściankę pomiędzy toaletą, a wielkim kołem hamulca ręcznego. Chyba niecodziennie wyglądam w swoim garniturze w takiej pozycji, bo przechodzący obok konduktor powiedział do mnie po angielsku “excuse me”.
Po pół godzinie takiego siedzenia poczułem, że gniecie mnie książka w mojej torbie, a jej tytuł to “Viva Polonia”:-)
Przy okazji tablic ogłoszeń i ich wiarygodności nasunęły mi się skojarzenia z RPA. Kiedyś utknąłem w Johannesburgu z powodu strajku obsługi naziemnej. Skończyłem już swoją robotę i mogłem wracać do Szwajcarii, ale nie było wiadomo czy samolot do Zurychu odleci.
W pewnym momencie, po południu ktoś przyniósł nieoficjalną informację, że jedynym samolotem, który odleci będzie ten do Frankfurtu. Zatem natychmiast pojechałem na lotnisko, żeby zamienić mój Zurych na Frankfurt.
Na lotnisku spotkałem olbrzymi tłum podróżnych czekających do odprawy, zaś na tablicy informacyjnej były wymienione wszelkie możliwe loty z ich godzinami odlotu tak jak to powinno być wg rozkładu lotów.
Nie będę tu opowiadał całej przydługiej historii jak szczęśliwie dostałem miejsce do Frankfurtu, który faktycznie odleciał jako jedyny. Chcę tylko przytoczyć moją rozmowę ze Szwajcarem napotkanym wtedy na lotnisku. Otóż facet czekał na samolot do Zurychu. Podzieliłem się z nim wiadomością, że nic poza Frankfurtem nie poleci. On wtedy wskazał na tablicę i stwierdził, że Zurych poleci bo tak jest napisane. No i został na tym lotnisku, a ja sobie załatwiłem Frankfurt.
No i dzisiaj na Centralnym zachowałem się trochę jak ten Szwajcar :-)
Postaram się pamiętać, aby stosować raczej schematy działania z RPA, a nie ze Szwajcarii.

Zegarki, a sprawa stosunków polsko-niemiecko-rosyjskich

Właśnie wróciłem z Bazylei ze słynnych targów Baselworld, gdzie wystawiają swoje produkty wytwórcy zegarków z całego świata.
Przechadzając się wśród stoisk z zegarkami zauważyłem wystawę ładnych niemieckich zegarków produkowanych przez znaną mi firmę, której tradycja sięga lat 1920-tych. Przez chwilę oglądałem współczesne modele w stylu lotniczym. Potem przystanąłem przed gablotą, gdzie leżały dwa zegarki z czasów II wojny światowej noszone przez pilotów podczas ich lotów. Zegarki były kilkakrotnie większe od tych, które na co dzień nosimy na przegubie. Czasomierze ówczesnych pilotów miały długie skórzane paski i były zakładane na rękaw kurtki. Obok historycznych zegarków stały stare urządzenia nawigacyjne i książka lotów. Zapytałem starszego pana, który stał obok czy są to oryginalne przedmioty z czasów wojny. Okazało się, że jeden z zegarków to współczesna replika wyprodukowana dla kolekcjonerów, zaś drugi zegarek oraz pozostałe przedmioty są oryginalne i pochodzą sprzed kilkudziesięciu lat.
Swoje pytanie zadałem po angielsku, lecz zdawszy sobie sprawę, że mojemu rozmówcy brakuje słów w tym języku, powiedziałem, iż może mówić po niemiecku, a ja chyba zrozumiem. Uzupełniając wyjaśniłem, że jestem Polakiem mieszkającym w Szwajcarii.
Starszy pan z zainteresowaniem dopytał skąd w Polsce pochodzę. Był to H.G., który jest właścicielem i szefem tej firmy (dowiedziałem się tego dopiero przy pożegnaniu, gdy wymieniliśmy wizytówki).
H.G. pochodził z miejscowości Hirschberg. Nic mi nie mówiła ta nazwa. H.G. wyjaśnił, że to jest obecnie Jelenia Góra.
Z ożywieniem opowiadał, że jego rodzina utrzymuje kontakty ze znajomą Polką w Jeleniej Górze. Mówił, że ma nadzieję na dobre relacje Polaków i Niemców, szczególnie po odejściu Jarosława Kaczyńskiego ze stanowiska premiera. Potem rozmowa trochę zeszła na czasy wojenne. H.G. mówił o tym, że zdaje sobie sprawę, iż Polska znalazła się w kleszczach pomiędzy Niemcami i Rosją. Mówił o Katyniu. Ja mu opowiedziałem o losach mojego dziadka, który po dostaniu się do niewoli sowieckiej został wymieniony i przekazany Niemcom, po czym kilka lat spędził pod Norymbergą pracując przymusowo u tamtejszego rolnika. Zresztą w porównaniu z kilkoma miesiącami spędzonymi w rosyjskim obozie jenieckim stanowiło to dla mojego dziadka sporą odmianę. H.G. też spędził trochę czasu w rosyjskiej niewoli i mówił, że nauczył się tam nie wierzyć w słowne deklaracje Rosjan, bo przekonał się na własnej skórze, że ich czyny odbiegały od tego co mówili.
Pożegnaliśmy się mówiąc, że może się znowu spotkamy za rok na targach zegarków.
Idąc na tą imprezę nie przypuszczałem, że jednym z ciekawszych momentów będzie dyskusja o latach wojennych z niemieckim producentem zegarków.
Jak się chwilę zastanowić to jest w tym ciekawa symbolika. Rozmawiałem ze starym Niemcem o dawnych czasach. Pretekstem do rozmowy były zegarki, które… odmierzają czas. Zegarki odmierzyły czas H.G. w dość zawiły sposób, bo mierzyły mu czas wojenny w wojsku, potem mierzyły mu czas w niewoli rosyjskiej, potem czas wysiedlenia z rodzinnego miasta, czas pracy, aż po czas kiedy w latach 1980-tych przejął firmę produkującą zegarki.

Zresztą zaczęło się od fabryki zegarków, która ma wiele wspólnego z historią gospodarki Niemiec. W latach 1920-tych z dużym sukcesem firma produkowała popularne zegarki. Potem w czasie wojny były to głównie zegarki lotnicze, które służyły pilotom wojskowym. Pod koniec wojny fabryka został zniszczona podczas alianckich bombardowań. Po wojnie znowu stanęła na nogi, dzięki amerykańskim pieniądzom Planu Marshalla. Amerykanie sfinansowali odbudowę, a pod koniec lat pięćdziesiątych amerykańska firma wykupiła dopiero co odbudowanego producenta niemieckich zegarków. W latach sześćdziesiątych firmę odkupili Szwajcarzy, a około dwadzieścia lat później historia zatoczyła koło i firma wróciła w niemieckie ręce. Obecnie produkuje i sprzedaje na cały świat popularne zegarki, wśród nich te odwołujące się stylistyką do zegarków z lat międzywojennych i wojny.
Czyli pozornie niewinne zegarki to też sprawa polityczna ;-)

Oswojony Sándor Márai

Uważni czytelnicy bloga pewno wyłapali strzępy mojego dialogu z komentatorem Maćkiem na temat dziennika Sándora Márai. Zainspirowany przez Maćka zamówiłem ten sześćset stronicowy “Dziennik” w Merlinie. Właśnie dzisiaj, wylegując się w hotelowej wannie w Kuala Lumpur dotarłem do ostatnich kart książki. Już dawno nie miałem w rękach tak przyjemnej lektury.
Márai to pisarz emigracyjny. Większość opublikowanych notatek pochodzi z drugiej połowy jego życia, czyli z okresu, gdy mieszkał we Włoszech i Stanach Zjednoczonych. Jednak już od pierwszych stron zrozumiałem, że nie mam w rękach zapisków codziennej niedoli emigranta. “Dziennik” to felietony opisujące świat widziany oczami tego mądrego, doskonale wykształconego i dojrzałego publicysty, który pod koniec wojny zerwał swój związek z dziennikarstwem.

Oczywiście w książce jest też sporo osobistych obserwacji, czasem ocierających się o uniwersalne odczucia emigrantów. Na przykład poniższa notatka z 1956 roku:
“W Ameryce - we wszystkim, nie tylko w instytucjach, lecz także w przedmiotach, w sprzętach codziennego użytku, w całym urządzeniu tutejszego życia - istnieje coś specyficznego, opór, tajemnicza i niespodziewana, niepoznawalna inność. Prawdopodobnie w ludziach też ona istnieje.” Mimo sporej różnicy wieku i odległości miałem podobne odczucia. Márai przybył do USA mając pięćdziesiąt dwa lata, ja wylądowałem w Szwajcarii jako trzydziestolatek. Zatem zderzyliśmy się z innym krajem, w innej epoce i z innym bagażem doświadczeń życiowych. Lecz poczucie tej ulotnej inności mamy wspólne. Márai wraził je cztery lata po osiedleniu się w Stanach. Rok później przyjął obywatelstwo amerykańskie, lecz pozostał wyobcowanym Węgrem z amerykańskim paszportem. Szwajcaria, mimo bliskości geograficznej, dała mi odczuć swój opór równie mocno. Tutaj nawet instytucjonalne przejawy oswajania odbieram jako wyzwania stawiane przybyszowi. O ile Ameryka zaprasza imigranta do udziału w swoim życiu publicznym po pięciu latach, to Szwajcaria izoluje przybysza przez dwanaście lat, nim pozwoli mu poprosić o obywatelstwo i udział w wyborach do gminy, kantonu czy parlamentu federalnego. Mimo sąsiedzkiej serdeczności, czy wręcz przyjaźni, opisywanej przeze mnie przed paroma tygodniami, jest w Szwajcarii ta ulotna inność, którą opisał Márai obserwując życie Nowego Jorku.

Inny zapisek, z 1964 (czyli po dwunastu latach od przybycia do Stanów):
“Imigranci. Rozmowy są monotonne, bo najczęściej przechwalają się albo skarżą. Rzadko spotyka się wśród nich kogoś, kto stan własnej obcości pojmuje jako możliwość rozwoju - tak Goethe widział starość, która jest nie tylko osuwaniem się, lecz może być też Steigerung, spotęgowaniem.” Faktycznie poznałem takie “samochwały” oraz “pechowców”, lecz muszę przyznać, że mam szczęście utrzymywać przyjazne kontakty ze licznymi szwajcarskimi Polakami, którzy bez zadęcia realizują swoje pasje, oraz skromnie i serdecznie cieszą się małymi radościami codziennego życia.

Nie sposób zaprzeczyć ponadczasowej notatce Máraia z 1971:
“W Szwajcarii przyjemnie odbiera się porządek i czystość. Ale taki sposób życia jest już niemal muzealny, sterylny. W tej atmosferze człowiek twórczy prawdopodobnie nie otrzymuje bodźca, fermentu. (…) W czystym, pozbawionym kurzu powietrzu szwajcarskim czegoś brakuje: może Świętego Niepokoju, wiecznego ozonu.” Sam uparcie głoszę tezę, że rozwój gospodarczy w Polsce jest o niebo ciekawszy niż w Szwajcarii. W odpowiedzi dostaję kąśliwe komentarze ze strony osób, które wysoko cenią sobie spokój, bezpieczeństwo i przewidywalność. Lecz znajduję zrozumienie u tych, którzy są osobami twórczymi i szukają w życiu wyzwań. Nasza Polska jest krajem ubogim, są w niej spore - niespotykane w Szwajcarii - różnice klasowe. Lecz drugą stroną tego samego medalu są ludzkie aspiracje, pęd do edukacji oraz duch ciągłej zmiany i udoskonalania.

Na zakończenie przytoczę jeszcze jeden - bliski mi - fragment (tym razem napisany przez Máraia tuż przed wejściem w osiemdziesiątą wiosnę życia): “+Patrioci+. Istnieje tylko jeden rodzaj patriotyzmu: gdy człowiek z bezwarunkową wiernością i prawdziwym wysiłkiem dobrze wykonuje własną pracę tam, gdzie się właśnie znajduje. Skutki takiej postawy promieniują na jego ojczyznę.”

Maćku, dziękuję za polecenie tej książki. Informuję, że “Dziennik (fragmenty)” w przekładzie i opracowaniu Teresy Worowskiej wydał “Czytelnik” w 2007. Publikacja jest do nabycia m.in. w internetowej księgarni www.merlin.pl za 62,50 zł.

Niecodzienny taksówkarz

Wracam z trzydniowego pobytu w Polsce. Byłem porozmawiać o pracy, odwiedzić dentystę i przy okazji spędzić trochę czasu z rodzicami. W sumie sporą część wyjazdu spędziłem w podróży. To znaczy głównie w samolotach, w lotniskowych poczekalniach, w taksówkach i w warszawskim metrze.
Czy coś z tego długiego weekendu zasługuje na wspomnienie? Oczywiście mógłbym napisać wiele zdań na temat rozmów o mojej przyszłej pracy, czy o bezcennym czasie z Rodzicami. Cóż w tym ciekawego dla postronnego czytelnika? Pewno niewiele.
Chcę napisać o czymś innym. Spotkałem nietuzinkowego taksówkarza i jego historia była dla mnie inspiracją do zebrania kilku myśli.
Zacznijmy od początku, aby pokazać Wam tło sytuacji.
W czwartek wieczorem wylądowałem na Okęciu i tradycyjnie wypatrywałem w kolejce taksówek spod znaku MPT. Wśród moich przyzwyczajeń jest korzystanie z tej korporacji. Zwykle za kierownicą aut spotykam starszych, spokojnych kierowców, którzy zamiast pędzić na złamanie karku spokojnie jadą do celu dzieląc uwagę między sytuacją na drodze i rozmową z pasażerem. Być może także w MPT są postrzeleni, nieodpowiedzialni rajdowcy. Lecz z moich sporadycznych wizyt w Warszawie wyniosłem naukę, że najlepiej się czuję w autach MPT. Szukałem MPT mimo, że w samolocie moja współpasażerka oznajmiła, że ona woli zaoszczędzić i wybrać tańszą korporację. Fakt, MPT jeździ po 2,40 zł za kilometr. Cena niektórych konkurentów to 1,80 zł. Jednak lojalnie potuptałem do pierwszego auta MPT.
Nie zaskoczył mnie kierowca po pięćdziesiątce w dobrze utrzymanym, czystym samochodzie.
Lecz już po kilku minutach zdałem sobie sprawę, że jest on niezwykły. Jeśli pod tym słowem wyobrażacie sobie nieobliczalnego i niebezpiecznego typa to nic bardziej mylnego, bo jego szaleństwo wyrażało się jedynie w przekonaniu o widzeniu i czynienia dobra każdego dnia. Bardzo budujące dziwactwo.
Jechałem z nim dość daleko, ponad trzydzieści kilometrów, do domu moich przyjaciół po przeciwnej stronie metropolii.
Na mój komentarz, iż będzie to daleki kurs odparł, że cieszy się, ale nawet jakbym jechał tylko za róg lotniska to też byłby zadowolony, że może mnie zawieźć.
Nawiązała się rozmowa i usłyszałem sporo całkiem spójnych mądrości życiowych.
Ten człowiek mówił o drobiazgach, które pozytywnie zmieniają naszą codzienność. Zebrałem dla Was te mądrości wysłuchane w drodze z lotniska:
1. Dobry uczynek wpuszczony wśród ludzi idzie dalej.
Nasz mędrzec za kółkiem ma przekonanie, że jak przełamie smutek czy złość swojego pasażera i natchnie go dobrymi myślami to dobro pójdzie dalej. Tak jak w sytuacji, gdy naburmuszona pasażerka kazała się wieść na Dworzec Centralny. Po rozmowie o jej troskach i zmartwieniach wysiadła u celu podróży uśmiechnięta i pogodna. Potem jak wsiadła do pociągu to pewno była sympatyczna dla współpasażerów zamiast rozsiewać smutek i zdenerwowanie. Ci z kolei też pewno lepiej się poczuli przy serdecznej osobie i tak dobre emocje poszły dalej w Polskę.
2. Każdego dnia dostrzegać małe radości. Jak zaczyna jakiś ponury i smutny dzień to stara się dostrzec coś radosnego co nastroi go pozytywnie. Jakiegoś wesołego ptaszka za oknem lub jakąś zabawną sytuację wśród młodzieży idącej do szkoły.
3. Jak okazać ludziom serdeczne zainteresowanie to ukazują wewnętrzne dobro. Bowiem jego zdaniem nie zdarzyło mu się mieć za pasażera złego człowieka. Każdy, kto wsiadał z maską złości i agresji w końcu okazywał się człowiekiem chcącym serdecznie porozmawiać.
4. Dojrzeć w oczach staruszków blask życia i mądrości. Jak wsiadają do jego taksówki osoby starsze to on stara się im wejrzeć w oczy i wyciągnąć na rozmowę o życiu i wydobyć z nich mądrość życiową, która przychodzi wraz z jesienią życia.
5. Wzmacniać w dzieciach przyjaźń i miłość rodziców. Tak wobec swojej trójki dzieci, jak i wobec obcych dzieci które wozi w taksówce stara się przekazywać rady życiowe stawiając się w roli ich przyjaciela, a nie zwierzchnika. Szczególnie zaleca pokazywanie miłości rodzicom, bo sam już nie ma rodziców i wie jaki to brak jak już odejdą.
6. Cieszyć się obecnym stanem posiadania mimo nigdy niezaspokojonego pragnienia posiadania. Jak ktoś go pyta jak mu idzie to mówi, że doskonale. Jak pytają o pieniądze to mówi, że ma ich tyle ile tylko potrzebuje. Lecz przyznaje, że zawsze jest coś co chętnie by kupił, lecz go stać. Jednak cieszy się tym co ma i więcej nie musi mieć, żeby być szczęśliwym.

Spotkałem tego niecodziennego taksówkarza na samym początku wizyty w kraju. Natchnął mnie swoim dobrym podejściem do innych. Dobrze i spokojnie upłynęły mi kolejne dni.
Może chwila refleksji nad pomysłami dobrodusznego taksówkarza będzie także dla Was inspiracją do wlania w Wasze otoczenie dobrego ducha.

Next Page »